XI


W ten oto sposób skład ekspedycji był już właściwie ustalony. Prócz lady Serafine, Tirrii, Boberka i nieoficjalnie ducha Małego Iona z Uttihar miał wyruszyć jeszcze niejaki Duplolas. Lord Quin Han przedstawił go jako wielofunkcyjnego i stosunkowo niezawodnego zawodowego towarzysza podróży. Duplolas, jak sama nazwa wskazuje, był elfem. Miał dwa metry osiemnaście centymetrów i trzy milimetry wzrostu, gładkie i powiewające efektownie włosy (głównie na głowie) oraz wszystko inne, co mieściło się w Pakiecie Małego Elfa Łucznika. Uśmiechał się czarująco i bezustannie, co stało się po pewnym czasie niezwykle irytujące.
Lord Quin Han ogarnął wzrokiem swoją drużynę i dumnie wypiął pierś.
- Oto zostaliście wybrani - rzekł, patrząc na świat gdzieś ponad ich głowami - do misji, która może odmienić oblicze świata. Będziecie nieść kaganek cywilizacji w mroki zabobonności i zacofania! Będziecie awangardą postępu i rozwoju, a gdyby przyszło wam zginąć, wiedzcie, że zginiecie jako męczennicy nowej ery! Na waszej krwi wyrosną pokolenia, które wzniosą swe czoła ku Słońcu Mądrości! Idźcie zatem! I niech moc będzie z wami!
- Eee...
- Tak, Boberek?
- Odnoszę dziwne wrażenie, że powinno być nas dziewięcioro...

***

Lektyka kołysała się lekko na boki, dźwigana przez parę dorodnych trolli. Jej względnie wygodne wnętrze zajmowała lady Agravilla, która kategorycznie odmówiła podróżowania konno, tłumacząc to dobrem swojej kości łonowej. Ponieważ pozostali członkowie ekspedycji nie do końca zdawali sobie sprawę z położenia rzeczonego elementu, zgodzili się na jej warunki bez szemrania.
Niestety, troska o kość łonową lady Serafine już wkrótce miała się stać przyczyną tragedii...
Tymczasem jednak karawana bez przeszkód posuwała się do przodu. Obok lektyki kłusował dostojnie Zapierdalałek. Znaczy... koń. Śnieżnobiały koń o imieniu Zapierdalałek. Na jego grzbiecie podróżował Duplolas wraz z całym swym ekwipunkiem. I to właściwie wszystko, co rzucało się w oczy. Reszta ekipy była tak nieefektowna, że żal o niej wspominać.
- Daleko jest to Mallamat? - Spytała Serafine Tirrę, który jechał po prawej stronie lektyki na gniadym, krępym kucu.
- Stosunkowo niedaleko. Kilka dni drogi stąd - odparł karzeł, nabijając rzeźbioną fantazyjnie fajkę. Musiała być cholernie droga, bo jej główkę zdobiła najprawdziwsza kość słoniowa. - Ale my pojedziemy dłuższą trasą. Gdybyśmy skręcili za bardzo na zachód, moglibyśmy trafić na kogoś... na kogo bardzo nie chciałbym trafić.
- A kto to dokładnie? - Wtrącił się Boberek.
- To zbędne pytanie.
- Cóż... - Serafine uniosła brew. - Nie sądzę.
- A ja sądzę - warknął Tirra. - Powinno was interesować to, co przed nami, a jak mówiłem, tych państwa akurat ominiemy. Wyskoczę trochę do przodu. Zobaczę, co jest za zakrętem. Tutaj lepiej być przygotowanym.
Karzeł popędził kuca i oddalił się na kilkanaście metrów. Ale nie interesowała go okolica. Prawda była taka, że nim zdążyłby zauważyć jakieś niebezpieczeństwo, ono z pewnością zauważyłoby jego i nie miałby szans, by wrócić i ostrzec resztę. Jechali przez bezwzględną okolicę. Dosłownie bezwzględną. Jedyne na co mogli tu liczyć, to niewiarygodne szczęście.
Tirra obejrzał się za siebie. Lektyka i cały towarzyszący jej cyrk zmalały śmiesznie, stanowiąc już tylko pstrokatą (głównie przez ceniącego modę Duplolasa) plamkę pośród nieskazitelnego morza bieli, a to oznaczało, że można bezpiecznie oddać się rozmyślaniom.
Coś tu bez wątpienia śmierdziało i nie chodziło tylko o lady Agravillę i goniącego ją dybbuka. Coś złego działo się w samym Narrevaldzie. Skąd u rozsądnego do tej pory Quin Hana marzenia o imperium? I dlaczego zwrócił się z prośbą o pomoc do Basharai? I dlaczego wreszcie, Basharai, choć samo prowadziło tysiące wojen i za pewne miało własne, poważniejsze kłopoty, zdecydowało się udzielić lordowi Uttihar wsparcia? To wszystko wydawało się co najmniej nielogiczne... Nie pasowało do siebie.
Współpraca między Quin Hanem a Tirrą miała różne koleje, a przyjaźń, która ich łączyła pozostawała raczej szorstka, ale mimo to myśliwy zwykle doskonale orientował się w planach władcy i nie raz sam pomagał je realizować, w zamian za przymykanie oka na jego nie do końca łowieckie praktyki. Tym razem jednak był niedoinformowany. Nie miał pojęcia, co łączy lorda Uttihar z kalifem Onmadem i bardzo go to dręczyło.
Z rozmyślań wyrwał Tirrę nagły protest kuca, który stanął i najwyraźniej nie miał zamiaru iść dalej. Kiedy karzeł podniósł wzrok, ujrzał ogromną zaspę tarasującą ścieżkę. Westchnął ciężko i zeskoczył z wierzchowca, chcąc przyjrzeć się jej bliżej.
- Och! - Usłyszał za sobą wysoki okrzyk.
Obejrzał się i jego prywatny barometr wyszedł poza skalę, bo zobaczył Duplolasa.
- Jaka okropna zaspa! - Zapiszczał elf. - Jakże my przez nią przejdziemy?
- Myślę, że po prostu zejdziemy z koni - mruknął Tirra, wzruszając ramionami.
Nim skończył mówić, pozostali członkowie ekspedycji zdążyli ich dogonić.
- Psiakrew! - Stwierdziła Serafine, wyglądając przez okno lektyki .- Chłopaki, dacie radę? - Zwróciła się do trolli.
- Yyymm...
- E...
- Tego...
- Nie bardzo...
- Nie całkiem...
- O co chodzi? - Zdziwiona Serafine zmarszczyła brwi.
- Widzisz, złotko - Tirra uśmiechnął się krzywo i bynajmniej nie wesoło. - Kiedy jest się zrobionym z kamienia, z natury jest się dość zimnym i... kontakt ze śniegiem to nic przyjemnego. Chodzi o to, że kontakt zbyt dużej powierzchni ciała ze śniegiem, mógłby spowodować groźny dla zdrowia spadek temperatury organizmu, a kichający troll to prawdziwy kataklizm, wierz mi.
- Czyli co?
- Czyli będziesz musiała zrezygnować z podwózki.
Oczy lady Agravilli stały się nagle wielkie i okrągłe. Trudno było ocenić, czy wyrażają bardziej przerażenie, czy oburzenie.
- Mam jechać konno?! - Wykrzyknęła zaskoczona. - Ja?! To niezdrowe dla kobiet! Mówiłam już!
- Możesz iść pieszo - Tirra wzruszył ramionami.
- Zaraz, zaraz! - Wtrącił się śpiewnie Duplolas. - Tu jest jakaś ścieżka!
Faktycznie, z lewej strony zaspy odbijała całkiem wygodna dróżka, biegnąca w las. Właściwie jedyny problem stanowiła dość sugestywna tabliczka wbita na jej początku. Przedstawiała trupią czaszkę i kilka schematycznie narysowanych scen wymyślnej śmierci. Pod obrazkami widniał napis:

ZAWRÓĆ, GŁUPCZE! TO DROGA DO MALLAMAT!

- No proszę! - Ucieszył się Boberek. - Zdaje się, że to skrót!
- Obawiam się, że to nie najlepszy pomysł - Tirra ostudził nieco jego zapał. - Ta droga... jest niebezpieczna.
- Bardziej niebezpieczna niż ta, którą jedziemy teraz? - Spytała Serafine, a jej głos zabrzmiał bardzo kąśliwie.
- Cóż...
- W takim razie skręcamy. W końcu ja tu dowodzę!